HomeGalerieRelacjeRoznosci
Lodowiec Columbia o powierzchni 280 kilometrów kwadratowych jest największym lodowcem w Górach Skalistych. Otoczony jest on szeregiem wysokich szczytów, a dokładniej mówiąc jedenastoma z 54 o wysokości powyżej 11 000 stóp (3 353 m npm).
Te 54 szczyty to tzw. "Korona Kanadyjskich Gór Skalistych".

Niestety, nie udała mi się kolejna (druga) próba samotnego wejścia na Mt. Columbia (3747 m npm). Pierwsza podjęta kilka lat temu skończyła się "honornym" wycofem, kiedy to podczas beznamiotowego biwaku na lodowcu Columbia zostałem totalnie zlany deszczem a następnie przysypany śniegiem.

Starszy i mądrzejszy o tych parę lat, tym razem targałem ze sobą namiot i śpiwór. Miałem zamiar spędzić trzy dni w rejonie lodowca. Pogoda zapowiadała sie super, co jest zawsze miłym zaskoczeniem w tych rejonach świata.

Plan był taki: pierwszy dzień, na rozruszanie kości wejście na Snow Dome (3451 m npm) i, słynny z ekstremalnie trudnych dróg na północnej ścianie Mt. Kitchener (3480 m npm). Oczywiście ja miałem zamiar "zdobyć" Kitchenera drogą "klasyczną", łatwym południowym stokiem. Drugi dzień, "szturm" na Mt. Columbia; a trzeci, trochę "leżakowania" na lodowcu (nie ma to jak górska opalenizna) a następnie "luzackie" zejście do zaparkowanego przy "Visitors Centre" samochodu.

Obudziłem się trochę póznawo, zmęczony podejściem z ciężkim worem. Niebo bezchmurne, będzie upał. Po szybkim śniadaniu ruszam w kierunku białej "buły" Snow Dome, mając nadzieję, że chociaż krótki odcinek drogi pokonam po w miarę zmrożonym śniegu. Niestety, bardzo szybko płacę za wylegiwanie się w śpiworze. Śnieg rozmaka, upał się wzmaga. Wydaje mi się że, szybko nabieram wysokości, ale ponieważ bardzo ciężko ocenić dystanse w tej bezkresnej bieli dopiero około południa jestem na szczycie Snow Dome. Ładny widok na Mt. Andromeda i Mt. Columbia.

Ze szczytu, klucząc ze wględu na szczeliny schodzę w kierunku przełęczy pomiędzy Snow Dome a Mt. Kitchener, aby następnie skierować się w kierunku wierzchołka tego ostatniego. Rozmiękły śnieg, tworzący wielkie buły pod rakami zaczyna być coraz głębszy. Trochę mnie to niepokoi, gdyż coraz trudniej wypatrzeć ewentualne szczeliny.

Właśnie kiedy przez głowę przelatuje mi myśl, że powinienem zawrócić, ciche stąpnięcie i w ułamku sekundy ze śniegu wystaje mi tylko głowa. No, nie tylko głowa gdyż instynktownie zdołałem rozrzucić ramiona, na których, przynajmniej na chwilę zawisłem. Wszystko wydaża się tak szybko, że nawet nie mam czasu spanikować. Przebieram nogami w zimnej próżni, mając nadzieję, że uda mi sie wbić raki w brzeg szczeliny zanim obsunę się całkowicie. Udaje się. Parę mocnych kopnięć i raki siedzą. Zaczynam powolne wypełzywanie z otworu szczeliny. Trochę czasu mi to zajmuje. W końcu jestem na powierzchni gdzie leżę przez kilkanaście minut gapiąc się w słońce. W głowie pustka. W około absolutna cisza.

Nawet w zespole, z asekuracją wpadnięcie do szczeliny jest niebezpieczne. Będąc samemu, bez liny mozna liczyć tylko na szczęście. Ja je tym razem miałem, wielu nie miało. Lista alpinistów, którzy zgineli wpadając do szczelin lodowcowych jest długa i pełno na niej słynnych nazwisk, niestety.

Porzucam zamiar wejścia na szczyt. Około siódmej, trochę obolały, zmęczony i przypieczony słońcem dowlekam się do namiotu. Gotuję dużo płynów i coś do jedzenia. Cudowny zachód słońca. Dla takich chwil warto się trudzić.

Następnego dnia budzę się o trzeciej nad ranem z okropnym bólem i opuchniętą lewą częścią klatki piersiowej. Nie wygląda to dobrze, chyba nici z Mt. Columbia. Niepokoi mnie długie i nie takie proste zejście lodowcem Athabasca do drogi.

Niebo zaczeło nieznacznie czerwienieś od wschodu, kiedy "z pochyloną głową, powoli..." zaczynam odwrót. Jedyna pociecha to to, że jak mówi przysłowie "do trzech razy sztuka" . Będę tu z powrotem, prawdopodobnie przyszłego lata.

Po powrocie do Calgary poszedłem do lekarza, który potwierdził moje przypuszczenia. Złamałem dwa żebra. Oh well, shit happens.
















HomeKontaktKsiazka GosciGora Strony