HomeGalerieRelacjeRoznosci
Mexico City 27.01.2010

Siedzę w małej knajpie pełnej młodych, rozgadanych, wyglądających na poetów i hippisow ludzi. Pewnie dyskutują o polityce i miłości, a może o dupie Marynie. Nie wiem, nie rozumiem prawie nic. Trzeba będzie wziąć się solidniej za ten hiszpański. Z głośników "wali" wczesne U2 (..."But I still haven't found what I'm looking for..." - zawsze biorę te słowa bardzo personalnie), a przede mną wielka butla cervezy. Jest dobrze. Za otwartymi na oścież drzwiami i oknami chaos i gwar Zocalo. Chociaż jestem tu tylko drugi raz (pierwszy 16 lat temu), to uwielbiam to miasto. Zmieniło się niewiele. Przemalowano kolorowe (żółte i jaskrawo-zielone) garbusy-taksówki na jakieś nudne bordo i dodano parę super futuristic wyglądających rowerowych rykszy. Podobno obecny burmistrz bardzo ekologiczny, nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że to takie szminkowanie nieboszczyka.

Mexico City ma ogromne problemy. Miasto zapada się (w dosłownym znaczeniu tego słowa, 10 centymetrów na rok), tragicznie brakuje wody i czystego powietrza. Pomimo tego, to fascynujące i porywające miejsce. Chaos (pozorny i dosłowny) i niespożyta energia, piękna architektura i dech zapierające freski Diego Riviery, burzliwa historia i tańczący przed Templo Mayor, kolorowo ubrani potomkowie Azteków, od których nie sposób oderwać oczu. Me gusto!

Tlachichuca 29.01.2010

Miasteczko pustawe i raczej mizernie wyglądające. Po głównym, pełnym straganów z podejrzanie wyglądającym mięsem i jakimś innym badziewiem, skwerze włóczą się wychudłe psy. Jakby dla odwrócenia uwagi od tej wszechobecnej szpetoty, cały zachodni horyzont wypełnia jaskrawa biel ośnieżonego i oblodzonego giganta - El Pico de Orizaba (5610 m n.p.m.).

Odnalazłem ukryty w bocznej uliczce hotelik, którego właściciel podwozi starym jeepem do oddalonego o 23 kilometry makabrycznej drogi schronu Piedra Grande, na wysokości 4250 m n.p.m. Za usługę chce 150 dolarów, ale pociesza mnie, że ma niepotwierdzoną rezerwację na jutro dla dwóch osób, z którymi mógłbym podzielić się kosztami. Niepokoi mnie ta "niepotwierdzona" część jego wypowiedzi, gdyż jest to raczej duży dla mnie wydatek. Na szczęście pod wieczór pojawia się dwóch gości poszukujących transportu. Brian, Amerykanin z Aspen, który wyrabia za przewodnika i jego klient Chris, mieszkający w Nowym Jorku lekarz z Anglii. Dogadujemy się szybko co do pieniędzy i terminów.

Piedra Grande 30.01.2010

Nie jestem w stanie usnąć. Leżący obok mnie na deskach Chris, jak to lekarz, nafaszerował się jakimiś kolorowymi tabletkami i chrapie jak cholera. Ekipa meksykańskich łojantów, nie zważając na późną porę, baluje na całego, racząc się lurowatą kawą zakrapianą tequilą. Około jedenastej wychodzę na zewnątrz zasmrodzonego i przeludnionego schronu odetchnąć świeżym powietrzem. Nie wygląda to dobrze. Jest stanowczo za ciepło, a dolinami od zachodu podpełzują nieładnie wyglądające chmury. Szczyt, a raczej z reguły widoczny stąd przedwierzcholek, również w nich ginie. Mimo wszystko postanawiam wyjść w górę.

Pakowanie i próba przełknięcia czegokolwiek zajmują mi trochę czasu. Około północy jestem gotowy. Opuszczam schron razem z Brianem i Chrisem, który nie bardzo jeszcze się obudził z narkotycznego snu i narzeka. Zaraz za budynkiem zakładamy raki, gdyż śnieg w tym sezonie niespotykanie nisko. Czuje się świetnie. Posuwamy się z Brianem szybko do góry gadając o górach i podróżach (surprise, suprise!). Opowiada o swoich wejściach na Ewerest i Lhotse. Jak wielu Amerykanów, jest głośny i lubi o sobie mówić. Ma duży "szacun" dla polskiego himalaizmu, wiec mu wybaczam. Przystajemy od czasu do czasu czekając na posapującego i ociężałego Chrisa. Staram się zapamiętać topo drogi, co nie jest takie proste, gdyż żleby i kominy raczej podobne do siebie w tych ciemnościach. Mijają dwie godziny. Przysiadamy na jakąś przekąskę. Brian, z lekkim niepokojem w głosie oznajmia, że barometr leci w dół na złamanie karku. Jest to raczej oczywiste. Chmur coraz więcej, widoczność się psuje. Idziemy dalej niekończącymi się, kolejnymi żlebami i zachodami. Stosunkowo łatwo odnajdujemy "problemowy" trawers i około 40 stopniowy lód ponad nim, na którym Chris potrzebuje asekuracji.

Około 4:30 rano dochodzimy do lodowca Jamapa. Od przewodników meksykańskich dowiedzieliśmy się, że lodowiec kurczy się w zastraszającym tempie (no global warming, eh?) i obecnie zaczyna się dopiero na wysokości 5150 m n.p.m. Wieje jak diabli, temperatura drastycznie spada a widoczność na jakieś 5 metrów. Zastanawiamy się, co robić. Brian twierdzi, że przy takiej mgle nie ma sensu pchać się na lodowiec. Choć brzmi to rozsądnie, myślę, że bardziej obawia się o drżącego na wietrze i łapiącego tlen otwartymi ustami Chrisa (wygląda jak ryba wyciągnięta z wody). Oczywiście głośno tego nie mówi - klient nasz pan. Zawracają. Światła ich czołówek szybko giną we mgle. Zostaję sam. Rozważam pospiesznie wszystkie za i przeciw, jem batona i (shit!) zaczynam schodzić również.

Szybko chłopaków doganiam i walimy w dół żlebami na całego. Nie ma co czasu marnować. Po jakiejś pół godzinie dostrzegamy wyłaniające się zza załomu ściany dwie, wolno posuwające się, postacie. Przystajemy. To dwóch sapiących meksykańskich wspinaczy. Starszy oznajmia, że jest to jego 12 raz na Orizabie, więc wie, co robi. Pomimo kaprawych warunków będą próbować na szczyt i nie mają nic przeciwko temu, żebym do nich dołączył. Żegnam więc moich dotychczasowym partnerów i kolejny raz w górę. Posuwamy się dość szybko. Jakąś godzinę zajmuje nam dojście do lodowca. Warunki, jak poprzednio, plus walący z nieba śnieg. Po kilkudziesięciu minutach na lodowcu rzedną nam miny. Jest nieciekawie. Zaczynamy mieć wątpliwości czy to ma sens. Widoczność prawie zerowa, a my nie mamy tyczek ani nic innego do znakowania drogi. Może być niebezpiecznie, jak pogubimy się na szczeliniastym lodzie. Przysiadamy na parę minut. Opad śniegu intensywnieje, wiatr się wzmaga. Kolejny baton, kolejny odwrót.

Zejście zajmuje nam około 3 godzin. Nie spotykamy prawie nikogo, wszyscy uciekają jak najszybciej w dół. W schronie totalna panika i chaotyczne pakowanie. Każdy chce jak najszybciej w doliny, obawiając się, że dłuższy okres niepogody może pogorszyć jeszcze bardziej stan i tak ledwo przejezdnej drogi, a 23 kilometrowa wędrówka do Tlachichuca z ciężkimi worami nikomu się nie uśmiecha. Zdaje się, że tegoroczny sezon właśnie się skończył. Spóźniłem się o jeden dzien.

Z okien autobusu do Mexico City wpatruję się w ponad pięciotysięczny Iztaccihuatl, a raczej w ogromną, ciemną chmurę kompletnie go oblepiająca. Granica śniegu gdzieś na 3800 m, co nie zdarza się w Meksyku zbyt często. Shit, shit, shit...

Mexico City 01.02.2010

W mieście wszyscy na zimowo. Leje jak diabli a temperatura zaledwie około 10 stopni. Ciężko uwierzyć, że niespełna tydzień temu było tu plus 25 stopni, a ulice pełne roznegliżowanych dziewczyn. Jadę na lotnisko zmienić termin odlotu. Koniec mojej małej meksykańskiej "wyprawy".
HomeKontaktKsiazka GosciGora Strony