HomeGalerieRelacjeRoznosci
Życie Pleszewa Nr 36 z 2012.09.07

Odwiedził 76 krajów, miesiące spędził w podróżach, ponad 20 lat mieszkał w Kanadzie, aby dwa lata temu osiąść razem z żoną w Pleszewie, gdzie ma mieszkanie po rodzicach.
Z Andrzejem Sadowym, pasjonatem poznawania świata i górskich wspinaczek rozmawia Ewa Andersz-Wanat.

Prowadzi pan fascynujące życie podróżnika. Kiedy odkrył pan w sobie tę pasję?

Wszystko zawsze zaczyna się w dzieciństwie. Urodziłem się w Sudetach, mieszkaliśmy w małym przysiółku 2 kilometry od wioski Ciechanowice. Wybór drogi życiowej był prosty - trzeba było zrobić wszystko, aby stamtąd uciec (śmiech). Kiedy miałem 5 lub 6 lat, ojciec wziął mnie na wycieczkę na Śnieżkę. Pierwszy raz w życiu widziałem słupki graniczne, strzeżone wtedy jeszcze przez strażników. Wszedłem na jeden z nich i patrzyłem na drugą stronę, na ten inny, niedostępny kraj. Później, w II klasie szkoły podstawowej dostałem
od rodziców atlas geograficzny. Na pierwszych lekcjach geografii wiedziałem już dość dużo, umiałem wymienić wszystkie wyspy japońskie. Byłem nielubiany przez nauczyciela, bo wytykałem mu wszystkie błędy (śmiech).

Pierwsza podróż?


Jak już dostałem dowód osobisty, a wtedy można było "na dowód" jeździć do krajów socjalistycznych, udałem się do Budapesztu z workiem kanapek i 20 dolarami. Spałem na dworcu 3 dni, ale miasto zwiedziłem! Potem to już się zaczęło. W 1987 roku wyjechałem z Polski i 25 lat mnie tu nie było. Kilka lat spędziłem w Niemczech, a potem, ponad 20, w Kanadzie.

Co spowodowało, że zdecydował się pan wyjechać? Właśnie chęć zobaczenia świata czy po prostu nie podobało się panu w naszym kraju?

W tamtym czasie trudno było wyjechać gdziekolwiek, pomijając kraje socjalistyczne.
Żeby dostać się do Francji, musiałem 3 dni stać pod francuską ambasadą między setkami ludzi, by dostać wizę na 2 dni... Stwierdziłem, że to nie ma sensu. Po maturze zrobiłem studium pedagogiczne i pracowałem w małej, wiejskiej szkole. Ale kariera nauczyciela mnie nie interesowała. Pojechałem w Tatry i tam pracowałem dwa lata - to były piękne czasy.
W Polsce było ciężko, brakowało perspektyw. Znajomi zaczęli znikać, dostawałem kartki z różnych miejsc świata. Ja także postanowiłem coś zmienić.

To dlaczego teraz pan wrócił? Nie jest łatwiej żyć w Kanadzie?


Jest łatwiej, ale bardzo intensywnie i drogo. Gdy robi się karierę, zarabia pieniądze, jest fajnie, ale do pewnego momentu. My z żoną stwierdziliśmy, że czas wyluzować, wycofać się z tego wszystkiego. Zaczęliśmy szukać miejsca dla siebie. Po wyjeździe z Kanady najpierw zamieszkaliśmy w Ekwadorze, potem byliśmy pół roku w Meksyku, aż sobie przypomniałem, że mam mieszkanie w Pleszewie! (śmiech) Stwierdziliśmy, że jedziemy do Polski. Mieszkanie mam po rodzicach, którzy ze względów rodzinnych na starość się tu przenieśli. Mama miała w Pleszewie brata. Przyjechaliśmy na okres próbny, ale już mijają dwa lata i mojej żonie się bardzo podoba. Jest Kanadyjką i pilnie uczy się polskiego, ale trzeba przyznac że jest to raczej trudny język. Większość życia mieszkała w wielomilionowym mieście, tutaj jest dość ciekawie!

Jak się odnajdujecie w tym zupełnie innym świecie?


Bardzo dobrze. Tu jest sympatycznie, bezpiecznie. Można wyjść o 24.00 z pieskiem na spacer, co w Calgary byłoby niemożliwe. Na razie zostajemy. Jeździmy do filharmonii w Kaliszu, na koncerty do Ostrowa, w Poznaniu znaleźliśmy fajny klub jazzowy. Tanio się żyje w Polsce. Jedynie ceny paliwa są szokujące, dwukrotnie wyższe niż w Kanadzie!
Męczy nas też troszkę mały metraż mieszkania. Trochę osób już poznaliśmy, zaaklimatyzowaliśmy się. Odnowiłem kontakty z czasów mojej pracy w Zakopanem i jeździmy często do Krakowa. Piękne miasto, był nawet pomysł, że tam zostaniemy, ale ceny mieszkań nas zniechęciły (śmiech).

Czym pan się zajmował w Kanadzie, że miał pan możliwości podróżowania i niechodzenia do pracy przez kilka miesięcy!?


Byłem informatykiem w firmie związanej z wydobyciem ropy naftowej. Było o tyle dobrze, że miałem możliwość brania bezpłatnych urlopów. Gdy powiedziałem szefowi, że jadę na pół roku do Indii, stwierdził, że mam się zgłosić jak wrócę (śmiech).

Nie podróżuje pan ze zorganizowanymi wycieczkami, ale sam wszystko planuje. Czy trzeba być bogatym, mieć dużo pieniędzy, żeby zobaczyć świat?


Wszystko zależy, jakie standardy przyjmiemy, do jakich "nizin" mieszkania czy żywienia jesteśmy w stanie zejść. W Nepalu w 1997 roku spotkałem studenta ze Słowacji, który przyjechał tam na gapę z 50 dolarami! Wsiadał w pociąg albo autobus bez biletu, jechał tyle, ile się dało, jak go wyrzucali, to szukał innego środka lokomocji. Parę razy w więzieniu był. Miesiąc jechał, ale dojechał (śmiech). To już jest taki skrajny przypadek, niewielu ludzi się na takie coś zdobywa, ale jeśli się zdecydujesz nie spać w dobrych hotelach i nie jeść w drogich restauracjach, to można tanio zwiedzać świat.

Planuje pan wcześniej swój budżet na podróż, czy po prostu wyjeżdża z określoną gotówką i czeka, na ile wystarczy?

Raczej planuję, ale można też przerwać podróż z powodu braku pieniędzy, co mi się już przytrafiło. Są dostępne świetne przewodniki "Lonely Planet", dzięki którym można się dowiedzieć, jak z niewielkim budżetem podróżować po danym kraju. Są tam podane informacje o tanich hostelach, domach studenckich, połączeniach autobusowych i inne.

Jaki jest pana pułap braku luksusu, do którego jest pan w stanie się zniżyć?


Kiedyś, jak jeszcze podróżowałem sam, choć czasem jeszcze mi się zdarza, bo żona nie zawsze chce pojechać ze mną, szukałem nawet skrajnie tanich rozwiązań. Z kobietą jest trochę inaczej, trzeba myśleć o troszkę wyższym standardzie, ale w dalszym ciągu bardzo tanio podróżujemy. Na pewno znajomość języka pomaga w prowadzeniu takiego trybu życia. Ja stałem się trochę północnoamerykaninem, wydaje mi się, że wszyscy powinni mówić po angielsku (śmiech), ale to naprawdę wygodne.

Czy pana wyprawy są zwykle dłuższe czy raczej woli pan krótsze podróże?


Było kilka takich dłuższych wypraw. Sześć miesięcy spędziliśmy w Meksyku. Także pół roku byłem sam w: Indiach, Nepalu, Pakistanie. Prawie sześć miesięcy podróżowaliśmy po Wschodniej Azji, jechaliśmy z Singapuru, przez Tajlandię i Chiny do Korei. Ale też robiliśmy takie wyjazdy dwutygodniowe czy miesięczne.

Pół roku w jednym kraju, to tak, jakby się już tam mieszkało?

No trochę tak! W Meksyku przez 3 miesiące mieszkaliśmy właściwie na plaży w namiocie. Potem okazało się, że w obliczu kryzysu w turystyce wynajęcie pokoju w hotelu kosztowało mniej niż pole namiotowe, tak więc wynajęliśmy na kolejne 3 miesiące. Meksyk jest piękny, ale na północy, przy granicy z USA, zaczyna się robić coraz bardziej niebezpiecznie. Porachunki gangów narkotykowych itp. Można przez zupełny przypadek zginąć na ulicy. Generalnie podróżowanie to głównie kwestia posiadania właśnie czasu,
a nie tylko pieniędzy.

Ale bez pieniędzy nie można tak żyć. Ktoś taki jak ja nie mógłby sobie pozwolić na półroczny wyjazd w celach turystycznych. Musiałabym wziąć chyba na to kredyt!

Nie wolno brać kredytu na wakacje! Ale ja rozumiem, że jednak w Polsce są trochę inne realia... Mam koleżankę, która jest przewodnikiem w biurze turystycznym. Na przykład zorganizowana wycieczka trzytygodniowa do Chin, to jest taki koszt, że za te pieniądze, przy większej ilości wolnego czasu, może pani spędzić tam pół roku. Prawdą jest jednak,
że każdy, kto pracuje w normalnym trybie, woli taką wyprawę, bo więcej wolnego nie dostanie. Poza tym dla przeciętnej osoby jest to ogromny koszt i nie wszystkich na to stać. Jestem tego świadom. Dlatego bardzo cieszę się, że moje życie zawodowe i rodzinne tak się potoczyło, że miałem takie możliwości.

Która z podróży była najciekawsza, które z miejsc najpiękniejsze?


Każdy wyjazd można oceniać na różnych płaszczyznach. Najbardziej chyba egzotycznym krajem dla mnie były Indie. To jest miejsce nie do pojęcia. Wszystko, co się dzieje dookoła jest totalnie inne. Nie mamy jako Europejczycy żadnych punktów wspólnych z tym społeczeństwem. Wystarczy siedzieć cały dzień na ulicy i obserwować, co się dzieje wokół i wciąż jest się zaskakiwanym - tak inne i szokujące nieraz dla nas są różne aspekty ich życia. Z tym że Indie są "trudnym" miejscem dla turystów. Trzeba naprawdę swoje standardy higieniczne i estetyczne mocno obniżyć (śmiech). Najtrudniejszym był wyjazd do Chin. Tam samemu jest ciężko. Po dwóch tygodniach zamawiania w restauracji dań, które tylko wskazywaliśmy palcem, bo to były same "krzaczki" i nigdy nie wiedzieliśmy, co nam przyniosą, zdesperowani poszliśmy do MacDonalda! Bardzo pięknym krajem jest Nepal i oczywiście Kanada. Góry Skaliste są niesamowite... Wszystko zależy, czego się szuka. Kiedyś spędziliśmy święta i Sylwestra na jednej z wysp Tajlandii zamieszkałej przez oceanicznych Romów, jeśli mogę ich tak nazwać. To tam się dowiedziałem, że są Romowie, którzy żyją na morzach. I ta nasza wyspa nie miała żadnych tubylców, została zamieszkana przez dużą rodzinę Romów, którzy przypłynęli w to miejsce ileś pokoleń wstecz. Teraz prowadzą tam restauracje, wynajmują pola namiotowe i zarabiają na turystyce. Ale to totalna egzotyka. Taka szopka pokryta liśćmi bananowca, materac na podłodze i 5 metrów do plaży. Polecam!

Co pana pcha do tych podróży? Ciekawość świata czy niepokorny duch?

Świat, bo świat jest piękny...Ok, w większości (śmiech). A nawet, jak nie jest piękny, to jest ciekawy, inny. Ludzie mają tendencję do przyzwyczajania się do jednego miejsca, boją się czasem inności, a ja...ja nie mogę usiedzieć w domu!

A kwestia bezpieczeństwa? Tyle miejsc na świecie pan zobaczył, czy zdarzyły się sytuacje, w których pana zdrowie czy życie było zagrożone?

Turyści są pierwszym celem kieszonkowców i innego rodzaju przestępców. Dlatego trzeba zrobić wszystko, żeby się nie rzucać w oczy. Gdy przyjeżdżam do danego kraju od razu z lotniska idę na miejscowy bazar, kupuję szorty, podkoszulkę, tani, plastikowy zegarek, a zdjęcia robię małym aparatem, który mam schowany w kieszeni. Gdy pierwszy raz pojechałem do Meksyku, dziwiłem się, dlaczego wszyscy patrzą na mnie, jakbym miał dwie głowy! Potem się zorientowałem, więc następnym razem już nie ubrałem koszulki na napisem KANADA i nie założyłem zegarka za 20 dolarów - tam to drogi zegarek. Pomimo ostrożności zdarzały się też różne sytuacje. W Wietnamie dwoje rikszarzy wiozło nas do jednej ze świątyń. Nagle przerwali podróż za miastem, w polu ryżowym, domagając się pieniędzy. Nie grozili nam niczym na szczęście, po chwili odpuścili. Ja wiem, że każdy ekspert radzi, aby dać oprawcy to, czego chce. Ale muszę przyznać, że teoria to jedna sprawa, a praktyka - inna. We mnie wezbrał taki przypływ wściekłości, że nie zgodziłem się oddać pieniędzy. No i zostaliśmy w tym polu ryżowym i musieliśmy iść z powrotem (śmiech). Wydaje mi się, że bandyci, kieszonkowcy, za cel obierają sobie raczej wycieczki zorganizowane.

To wielkie szczęście, że gorszych sytuacji nie było.


No nie mam żadnych mrożących krew w żyłach przeżyć. Myślę, że jest to też kwestia zdrowego rozsądku. Jedną z ważnych rzeczy jest, gdy to możliwe, aby po przyjeździe zasięgnąć informacji od miejscowych. Zdarza mi się, że wyciągam mapę i pytam, co warto zwiedzić, gdzie iść, a gdzie lepiej wcale się nie pokazywać. Trzeba też mieć dużo szczęścia, to prawda. W latach 90-tych byłem w Gwatemali i Salwadorze, bardzo niebezpieczne miejsca. Spędziłem noc w autobusie z kurami, kozami, jechaliśmy przez dżunglę. Słyszałem, że zdarza się, że autobusy są zatrzymywane, a ludzie po prostu wybijani. Dojechaliśmy do Gwatemala City, nic się na szczęście nie wydarzyło. W hotelu z telewizji dowiedziałem się,
że małżeństwo z Kanady pojechało w podróż poślubną do Paryża, wybuchła bomba w metrze i zginęli...Tak więc nieszczęście może się stać wszędzie...

Oprócz tego, że pan podróżuje, to także chodzi po górach i biega.


Biegać zacząłem dopiero tu w Polsce. W góry, po których uwielbiam chodzić, mam trochę daleko, nie mogę tam jeździć co tydzień, dlatego postanowiłem biegać. Przekonałem się,
że to jest bardzo popularne w Polsce. Prawie co weekend są jakieś biegi organizowane, są kluby biegaczy w okolicach. Półmaratony biegałem już bez większych problemów, choć mam tragiczny czas (śmiech). W tym roku postanowiłem pojechać do Krakowa na maraton. Okazało się, że jest bardzo duża różnica między przebiegnięciem 21 km, a 42! Po 35 kilometrze rozpadłem się w zasadzie na kawałki (śmiech), niewiele pamiętam, ale bieg ukończyłem. I nie byłem ostatni! Teraz mam trochę przerwy, ale na jesień wrócę do tego. Niewątpliwie jednak góry to to, co mnie najbardziej pociąga. Niestety, to jest dopiero kosztowne hobby. Każda wyprawa w góry wysokie, a byłem na kilku, to ogromne pieniądze.

Czyli na razie zostajecie w Pleszewie, czy jednak myślicie o innym kraju?

Możliwości mamy wiele. Wciąż posiadamy mieszkanie w Calgary, z wynajmu którego częściowo żyjemy w Polsce. Jest dużo opcji do rozważenia.

Bardzo płynnie i ładnie mówi pan po polsku. Słuchać jedynie lekki akcent angielski. Miał pan kontakt z Polakami w Kanadzie?


W zasadzie nie, dlatego dziękuję za komplement. A mi się wydawało, że nie mam akcentu! (śmiech). Zaraz się okaże, że po dłuższym mieszkaniu w Polsce i w angielskim będę miał dziwny akcent (śmiech).


HomeKontaktKsiazka GosciGora Strony